Magiczna strona Lastomine
Uzdrawiajaca Moc Kamieni, Magia Roslin

Cudowna moc roslin i medycyny naturalnej

Opublikowano 22 marzec 2016

Chcialabym podzielic sie z Wami cudowna historia, ktora poruszyla moje serce. Historia ta, jak i wiele innych uswiadamia nam, ze Natura i jej dary, medytacja, naturalne metody leczenia jak np. akupunktura, oraz chec zycia, daje o stokroc wieksze szanse na szczesliwe, pelne harmonii i zdrowia zycie, anizeli medycyna tradycjonalna. Przede wszystkim,

NIGDY SIE NIE PODDAWAJ !!!


„Ma pani guza mózgu”

Miałam 30 lat i byłam w ósmym miesiącu ciąży z pierwszym dzieckiem. Była to ostatnia wiadomość, której spodziewałam się usłyszeć od lekarza. Nigdy nie chorowałam, nie miałam nawet nudności. Bóle głowy czy zaburzenia widzenia były mi nieznane.

Pewnego dnia, bez żadnych ostrzegających objawów, zemdlałam. Julien, mój mąż od dwóch lat, znalazł mnie na podłodze w salonie po powrocie z pracy. Wezwał pogotowie i zostałam przewieziona na izbę przyjęć. Lekarze najpierw podejrzewali problem, który dokucza kobietom w ciąży, stan przedrzucawkowy. Ale po dwóch rezonansach diagnoza uległa zmianie.

Zlokalizowano u mnie, w przedniej lewej części mózgu, guz wielkości piłki do golfa. Pamiętam, że pomyślałam: „Ja śnię. To koszmar…”

Nie miałam pojęcia, jaka mnie czeka droga przez mękę. (Na szczęście...).

Zostałam przewieziona na oddział patologii ciąży, w którym oczekiwałam na poród. Sześć tygodni później na świat przyszła moja śliczna Joséphine, po cesarskim cięciu. Gdy tylko się wybudziłam, a dziecko zostało ode mnie bezpiecznie zabrane, przewieziono mnie do kliniki onkologicznej.

Pierwszy etap leczenia polegał na operacji mózgu – wycięciu guza. Chirurg wydawał się zadowolony. Wyjaśnił nam, mężowi i mi, że usunął „wszystko, co wypatrzył” i że zabieg nie mógł pójść lepiej.

Tydzień później wróciliśmy do jego gabinetu po wyniki badania guza: „Proszę, powiedz nam, że to było nic takiego”, powtarzałam w myślach. Ale kiedy przekazał nam wyniki biopsji (analizy komórek nowotworowych guza), świat się zawalił. To był glejak wielopostaciowy w 4. stadium. Doktor powiedział dokładnie te słowa: „Tego rodzaju guza nie da się wyleczyć”.

Moją pierwszą myślą było: „nigdy nie zobaczę, jak moja córka stawia pierwsze kroki”. Smutek, ból, strach, poczucie beznadziei – nie wiem, jak opisać straszne uczucia, które mną targały. Ale lekarze wykazali się wspaniałym, ludzkim podejściem. Udało im się zachować pozytywne myślenie i mnie pocieszyć. Wyjaśnili mi, że nawet, jeśli guza nie da się wyleczyć, to można go leczyć.

Byłam kobietą, byłam młoda i zdrowa, a to trzy pozytywne czynniki dla mojej prognozy przeżycia. Zdecydowali się rozpocząć leczenie natychmiast: siedem tygodni codziennych naświetlań i miesiąc chemioterapii.

Spodziewałam się, że chemioterapia będzie trudna, jednak rzeczywistość całkowicie mnie przerosła... Leczenie pozbawiło mnie wszelkiej energii. Byłam tak słaba, że stanowiłam zagrożenie dla własnej córki: wzięcie jej na ręce groziło zemdleniem i upadkiem na ziemię wraz z nią. Nie byłam nawet w stanie podać jej butelki, nie zasypiając nad nią. Spędzałam tygodnie, śpiąc i śniąc na jawie, w sypialni, w której straciłam poczucie czasu, nie wiedząc, czy to dzień, czy noc. Moim jedynym celem było spróbować nie zwymiotować rosołu z kury, który mi podawano.

Oczywiście wypadły mi wszystkie włosy. Dotąd pamiętam, jak stałam pod prysznicem, a z wodą spływały mi pod nogi całe kosmyki włosów. Nawet nie musiałam ich ciągnąć. Łzy bezgłośnie spływały mi po policzkach. Nie miałam już nawet siły wykrzyczeć mojego cierpienia. Tego dnia zrozumiałam: „Naprawdę jestem chora”.

Pomimo wszystkich książek, które przeczytałam o sile pozytywnego myślenia oraz o władzy umysłu nad ciałem, nie wiedziałam już, skąd wziąć siłę do walki. Leczenie raka metodami medycyny zachodniej wysysało ze mnie życie, które uciekało tak, jak woda przecieka przez palce. I wtedy jedna z moich przyjaciółek powiedziała mi o medycynie chińskiej.

Leczył ją dr Mao, na szczególnie poważnego chłoniaka (nowotwór układu limfatycznego). Muszę powiedzieć, że nie miałam za grosz zaufania do medycyny wschodniej, w tym do akupunktury. Nie wyobrażałam sobie, jak nakłuwanie skóry igłami mogło cokolwiek zmienić, zwłaszcza w przebiegu choroby tak poważnej jak moja. Zresztą nie wiem już, dlaczego dałam się przekonać – być może ze względu na entuzjazm mojej przyjaciółki. Tak czy inaczej, zgodziłam się spotkać z dr. Mao.

Przepisał mi całe mnóstwo roślin leczniczych, dietę i zabiegi akupunktury, po których nastąpiła spektakularna (i natychmiastowa) poprawa, jeśli chodzi o zmęczenie i moje nieustające mdłości. Wreszcie byłam w stanie zatrzymać w żołądku jedzenie, co oznacza, że natychmiast zaczęłam przybierać na wadze, dzięki czemu odzyskałam siły i lepsze samopoczucie. Nauczyłam się medytować, co rozjaśniło moje myśli i dało mi energię umysłu niezbędną do zdrowienia.

Zdałam sobie sprawę, że już nie byłam zakładniczką mojego strachu przed śmiercią. Nie umiałam określić w wymierny sposób mojej reakcji na leczenie na poziomie ciała, ale czułam się oczywiście dużo lepiej w środku. I to była ta różnica.

Trzy miesiące po rozpoczęciu leczenia u dr. Mao spotkałam się na konsultacji z moją radiolog-onkolog. Myślałam, że po zakończeniu radioterapii włosy mi odrosną. W rzeczywistości jednak odrastały tylko po bokach czaszki. Po lewej stronie głowy pozostała mi wielka i dobrze widoczna łysina, co upodobniało mnie do mojej córki. Obydwie miałyśmy łysy czubek głowy. W czasie badania, zapytałam lekarkę, kiedy odrosną mi włosy. Nie od razu odpowiedziała, z pewnością z troski o moją wrażliwość emocjonalną, a następnie powiedziała powoli: „Poziom promieniowania niezbędny w przypadku Pani guza był bardzo wysoki. Cebulki włosowe w tej strefie zostały bez wątpienia całkowicie zniszczone.”

Z dzisiejszej perspektywy, powinnam była wówczas upaść na kolana z wdzięczności za tę technologię, która umożliwiła wypalenie nowotworowych komórek, które pozostały w moim mózgu po operacji, i która uratowała mi życie. Ale wówczas był to dla mnie szok. Trudno uważać się za wyleczoną, jeśli nie możesz na siebie spojrzeć w lustrze i zobaczyć, że wyglądasz tak, jak kiedyś. Bez włosów wyglądałam jak chora. A skoro wyglądałam jak chora, to i czułam się chora. Moja lekarka powiedziała, że włosy nigdy mi nie odrosną. Kim byłam, by podważać jej zawodową diagnozę?

Po południu miałam wyznaczoną wizytę u dr Mao. Weszłam do niego zalana łzami. Ledwo mogłam mówić. Zrozumiawszy, co powiedziała mi lekarka, wyszeptał do mnie: „Niech pani nigdy nie wierzy lekarzowi na słowo, nawet mi. Każdy jest inny. Nikt nie wie, co pani ciało zrobi albo czego nie zrobi”. Przyniósł mi butelkę płynu z roślin i powiedział: „Proszę to wcierać w skórę głowy dwa razy dziennie szczoteczką do zębów. Włosy odrosną.”

Wróciłam z butelką do domu i zastosowałam się do zaleceń dr. Mao. Po trzech tygodniach nie mogłam uwierzyć własnym oczom: pojawiły się pierwsze włoski. Moje włosy się odradzały! Jakieś sześć miesięcy później wróciłam do mojej lekarki, która osłupiała na mój widok. Zastanawiała się nawet na głos (mam nadzieję, że żartując), czy podała odpowiednią dawkę naświetlań. Po następnych sześciu miesiącach poszłam do fryzjera po raz pierwszy od diagnozy o raku. To był wielki dzień.

Rada dr Mao, by nie brać za dobrą monetę wszystkiego, co mówią lekarze, była bardzo głęboka.

I szczerze wierzę, że to jego płyn sprawił, że włosy mi odrosły. Ale to właśnie prosta historyjka, którą mi opowiedział pewnego dnia, skierowała mnie na drogę do uzdrowienia. Powiedział mi, że powinnam się cieszyć, bo wyglądam, jak buddyjski mnich. Nie miałam wcale ochoty żartować z mojego wyłysienia, ale dr Mao bardzo mnie przekonywał, że wcale ze mnie nie drwi. Zapytał mnie: „Czy wie pani, dlaczego mnisi buddyjscy golą sobie czubek głowy?” Nie, nie wiedziałam. Powiedział mi: „by być bliżej Boga.”

Bliżej Boga

Uszczęśliwiła mnie ta zaskakująca odpowiedź. Natychmiast opuścił mnie smutek i lęk, że pozostanę łysa do końca życia. To tego oczekiwałam w moich modlitwach. Potrzebowałam usłyszeć, że Bóg jest po mojej stronie, że razem ze mną walczy z chorobą. Przyjęłam, tak naprawdę po raz pierwszy, wolę Boga zamiast mojej własnej.

W październiku tego roku minie dwa lata, od kiedy już nie mam raka. Wierzę, że zostałam uzdrowiona. A jeśli nawet rezonans wykaże pewnego dnia powrót guza, mam w sobie siłę i zaufanie, by znów z nim wygrać.

A jeśli mi się nie uda i przyjdzie moja kolej opuścić to życie, nie boję się nieznanego. Wyjdę na Jego spotkanie. W dużej mierze dzięki dr. Mao.

Zrodlo: Dossier Naturalnych Terapii -
Jean-Marc Dupuis